Było i się skończyło … czyli szybki wypad w Pieniny
We wrześniu przekroczyło mi się pewnego rodzaju psychologiczny rubikon który z jednej strony nic nie zmienił ( w końcu urodziny nawet 50 są tylko zmianą licznika ), z drugiej strony co nieco popchnął do tego by do paru spraw podejść ciut inaczej.
Mówiąc brzydko bardziej egoistycznie.
Bo wiecie, oglądanie się na cały świat, zastanawianie się czy wszyscy będą zadowoleni, czy nic złego się nie stanie, jest na dłuższą metę ciut męczące. A skoro nominalnie się zestarzałem, może czas przestać udawać że to mnie nic nie kosztuje.
A najgorsze jest to, że o ile z niektórymi sprawami poszło łatwiej niż myślałem o tyle niektóre kretynizmy które wbiłem sobie do głowy naprawdę mają się nieźle.
Taki urlop.
Od pewnego czasu hołduje takiej miłej zasadzie że co najmniej raz w roku ( a najchętniej dwa jak jest możliwość ) uciekam przed tym całym światem. Jadę z całym swoim majdanem fotograficznym pobyć sam na sam z przyrodą.
Jak mam nastrój to usiądę na godzinę pod drzewem pogapić się na otaczający mnie świat, polezę w miejsce z którego widać piękny zachód słońca, ale wraca się po zmroku sprintem przez mroczny las ( nie polecam ).
Mam te parę dni które działają lepiej niż jakiekolwiek prochy, bo dają czas na to by wypocić te wszystkie złe emocje co siedzą i ryją ciągle łeb. Dają z jednej strony spokój, a z drugiej to coś na co można czekać jak swoiste katarsis.
I wiecie co … za każdym razem jest mi prawie wstyd, że tak wyjeżdżam. Bo zostawiam rodzinę, pracę i problemy i uciekam. Bo na pewno czegoś nie dopilnowałem, coś mógłbym w tym czasie zrobić, coś w domu, coś w robocie, coś u Ojca…
A zasadniczo …. Tak mi trochę wychodzi …. że może po prostu coś takiego mi się troszkę należy? Może przez parę dni świat beze mnie się nie zawali ?
Bo z jednej strony fajnie sobie wyobrażać ( zapewne całkowicie niesłusznie ) że się jest niezastąpionym, z drugiej bycie niezastąpionym i co gorsza zaangażowanym jest co pewien czas frustrujące.
Tak więc uparłem się i teraz siedzę w pokoiku w Pieninach patrząc na krople deszczu spływające po szybie. Niestety czuje każdy z trzech dni wędrówki bo kolana sugerują, że z kondycją u mnie kiepsko, a jutro zbieram się do domu.
Bo wiecie co jest najfajniejsze w takich wypadach ?
Że człowiek z lżejszą głową i uśmiechem może wrócić do domu i najbliższych
A jak było ? to już temat na kolejną opowieść.. taką ze zdjęciami, jak tylko je obrobię oczywiście