Dzień czwarty – bez pienienia. Powrót

Jesień mnie w końcu dopadła. Unikałem jej w górach, w domu mijałem się z nią też parę razy, ale w końcu stanęła mi w drzwiach i stwierdziła że na parę dni mam cholera wolne.

Liczyłem że może w tym roku da się bez zwolnienia, lekarstw i podobnych ekscesów, ale cóż. Pozostaje mi tylko wykorzystać ten czas na nadgonienie paru rzeczy które mogę dokończyć czas więc…..

Na zakończenie opowieści o wyjeździe w Pieniny

Bo wszystko co dobre kiedyś się musi skończyć i czas wracać do domu.

Wykwaterowanie o 10 a pogoda szykuje się obiecująca więc… decyzja że nie będzie to prosta droga. Bo skoro jest się te set kilometrów od domu, to trzeba to wykorzystać do końca.

Może są ludzie którzy mają czas i pieniądze by ciągle coś zwiedzać i wstawiać fotki codziennie z winnego końca świata. Ja mam ten luksus że MOGĘ czasem się gdzieś wyrwać i jestem wdzięczny za tyle …. I nauczyłem się wyciskać te możliwości do końca.

Tak więc palcem po mapie, w samochód i…… na start powtarzamy dzień wcześniejszy.

Łapszanka i Białka.

Wczoraj zachód słońca, dziś prawie południe. Inne warunki, inne światło inny klimat.

Tym razem bez pośpiechu. Dron, aparat i parę chwil na trawie z widokiem pędzących nad Tatrami chmur


Potem podróży ciąg dalszy tym razem kierunek parking na zakręcie. Brzmi dziwnie ale, jest to jedno z niewielu miejsc na krawędzi TPNu w którym można zaparkować i spokojnie polatać dronem.
Oficjalnie jest to „parking zapasowy” dla transportu nad Morskie Oko. Przy polanie Głodówka. Szczerze mówiąc ni cholery nie rozumiem o co chodzi ale nie skorzystać z pustego miejsca bez ludzi z TAKIMI widokami z drona ??


30 minut baterii wylatane czas rzucić okiem na zegarek bo dalsze plany………
……. Właśnie diabli wzięli.

Kolejnym przystankiem miał być zamek w Chęcinach o zachodzie słońca, ale mapa i zegarek są nieubłagane. Nie zdążę. Zabraknie dosłownie 15 minut. A jak dodamy czas niezbędny na podejście…. Nie ukrywam parę choler poleciało w świat, ale poddawać się nie zamierzam. Ruszam ścigać się z czasem.
Zakopianka o dziwo łaskawa przytkała się tylko w jednym miejscu i dała nadzieję która zgasła na A4. Korek przez duże K odebrał ostatnie nadzieje, że zdążę. Nie ma co ukrywać słońce coraz niżej a ja ledwo się turlam do Krakowa.

Przede mną kierunkowskaz .. i nowy plan.

Szybka ucieczka z A4 i zjazd na Tyniec.

Jedno z tych miejsc pod Krakowem które dla droniaży jest punktem prawie obowiązkowym a dla ludzi którzy lubią takie dobrym miejscem na chwile odpoczynku.

Opactwo w Tyńcu, malowniczo wzniesione na skałach nad Wisłą o zachodzie słońca marzyło mi się od dawna, a korek sprawił, że jestem praktycznie idealnie. Ciemne chmury przecierają się dosłownie ma moich oczach i po pierwszych chwilach delikatnego światła, nagle w mury uderza oślepiające zachodzące słońce. Kontrast jest kat niesamowity, że całe opactwo wygląda jak by ktoś je złotem powlekł. Białe mury robią się jaskrawo żółte i pięknie odbijają się w sunącej poniżej wodzie.


Spektakl trwa z 15 minut by skończyć jak się zaczął….. ciężkie chmury zakrywają słońce i niweczą jakiekolwiek szanse na zachód. Czas wrzucić na ruszt w knajpce, odwiedzić opactwo by choć na chwilę pobyć w tych murach i ruszam dalej.

A4 dalej zakorkowane ale pomału rozpędzam się do podróżnej 120.. Czas na Warszawę..

Choć…. Może nie ?
Chęciny
Nocą
Kurde .. będę obok.

Jest ciemno jak parkuje pod zamkiem, ludzi praktycznie brak i jakoś tak się robi średnio, ale powiedziało się a to trzeba i b powiedzieć

Idę.

Cicho .. pusto.. zimo. Gdyby nie to że wokoło światła latarni to chyba bym sobie darował ale jestem już pod zamkiem. Startuje maluchem i……. cóż zawód.

Mówiąc delikatnie to nie jest to czego oczekiwałem, a dodatkowo zrywa się wiatr który dodatkowo utrudnia sprawę. Parę zdjęć i do samochodu. Już ostatecznie kierunek Warszawa.


To już koniec tej opowieści … ale musze Was postraszyć że nie koniec naprzykrzania się Wam z tym tematem

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *